niedziela, 10 lutego 2013

rzeka zweite time.

Wróć proszę, wiesz jak było nam dobrze
nie potrafię kochana, uważam że mądrze 
jest zostawić sprawy przeszłe w cieniu wczoraj
co ty gadasz? przecież między nami raj
był i błogość niewinna
powiem tak, ale moja mina
znaczy co innego
nie chcę wyjść na szczerego
ale wszystkie jesteście takie same
przypominacie mi tylko mamę
i gwiazdy porno z reklam oglądanych na bryzie
tyle prawdy, sumienie nie gryzie.

sobota, 9 lutego 2013

tempus fugit


Kochasz ? - kocham (zgadywanka)
nie ma to znaczenia, bo z dzbanka
nalać można tylko pełnego
salomon to wiedział, znał pierwszego
i smieje się z trudu mego,
by jakąś prawdę nakreślić
wiem, że w linijkach się zmiescić
trzeba bo to sprawa priorytetowa
tak jak praca i zawsze żona
i pieniądze i inne nakazy dorosłości
każdy dzień rachuje kości
i swoboda dnia swego nie pozwala się radować
bo nie ma siły, trzeba mianować
kolejny cel i kolejne zakamarki
żeby obudzić się i powiedzieć cześć w łóżku do innej koleżanki.

piątek, 8 lutego 2013

+3

- Wcześnie wróciłeś - powiedziała z szerokim uśmiechem. Pomogła mu ściągnąć płaszcz i słysząc delikatne oddechy smażonych filetów z piersi kurczaka, uciekła czym prędzej do kuchni.
- Tak - jedynie powiedział w przestrzeń. Nie ściągając butów, rozpinając jedynie marynarkę, poszedł do salonu, w którym rozsiadł się w zgniłozielonym fotelu. Odpalił papierosa, włączył jedynkę i przeżywał "time of his life" z tefałenem o godzinie siedemnastej.
Zmieniały się twarze, kolory i projektanci ubrań, a on odpalał papierosa od papierosa, kiepując zużyte filtry do spluwaczki, którą to miał po prawej.
- Obiad zaraz gotowy, szykuj się kochanie - odbił się echem jej głos.
Powoli obrócił głowę i spojrzał w stronę pochodzenia głosu. Odwrócił się ponownie do telewizora. Odgasił papierosa od podeszwy buta, wstając założył swój kapelusz. W przedpokoju wziął w rękę płaszcz, z którego wyciągnął klucze. Wyszedł, zostawiając na wieszaku wspomniane klucze, a odzienie wierzchnie założył na klatce, schodząc powoli do wyjścia. Żeby podtrzymać klimat, zatrzymał się na połowie schodów, spojrzał na drzwi mieszkania, z którego wyszedł, skrzywił się, (ale naturalnie w ten męski, smutny i " z konieczności", czy "bo tak trzeba", sposób) i ze świeżym tytoniowym przyjacielem wyszedł na białe ulice.
Myślał, czy sam jest biały. Myślał, czy będzie biały, bo że był, wiedział o tym dobrze. Wyjął z kieszeni kartkę, którą dostał z U-ES-A, zaciągnął się, a popiół spadł na stronę "bez treści". Na stronę " z obrazkiem", na stronę, na podstawie której wybieramy kartkę, którą wyślemy.
Zdecydowanym ruchem oczyścił puszkę campbella i idąc w stronę restauracji, Albert czytał na okrągło te chaotyczne zdania, te myśli nic nie znaczące, a zdające się posiadać prawdę świata. Zerkał, uśmiechał się, po czym znowu wracał do smutnej, męskiej postawy. Szczególnie jedno zdanie chodziło mu po głowie, gdy wchodził do obranej wcześnie restauracji.
"Zniknij proszę, bo ja  j e s t e m  i się do miasta wybieram na b-smart XL not much Hot Longer mini Tsunami by Palce Lizać- ."

poniedziałek, 4 lutego 2013

#2

- To normalne, że ona tak znika? - zapytał odpalając papierosa. Albert nie słyszał.
Wysunął jednego z paczki i podsunął mu, a gdy ten wyjął, zagaił znowu:
- Co?
- Co -co? Masz ognia?
- No o twoją amerykankę pytam - często ucieka?
Zaciągnął się dymem z cudzej pensji, wypuszczając smołę nosem:
- Jaka znowu amerykanka? Nie ma żadnej amerykanki.
- Co znowu pierdolisz? Widziałem ją u ciebie nie dalej, niż dwa dni temu.
Spojrzał mu w oczy, zaciągnął się świeżo odpalonym papierosem i pstryknął nim mu w klatkę.
- Co do k. ? Co to ma być? Pojebany jesteś? Patrz na mnie, jak do ciebie mówię.
A Albert stał, wbijając  nieprzerwanie spojrzenie w szybę, witrynę usługową, przed którą rozmawiali.
- Jesteś tu w ogóle? Powiesz coś więcej?
Odwrócił się od KFC, wyjął z kieszeni miękką paczkę Marlboro, wygrawerowanym Zippo odpalił idealnego papierosa Philip Morris, i poszedł w stronę kolejnej restauracji.
- Jestem i nigdzie się nie wybieram.

niedziela, 3 lutego 2013

amerikan drim

- Chciałabym ucieknąć - powiedziała tuląc się do rogu łóżka
- Uciec. - poprawił, ściszając muzykę.
Odwróciła się twarzą do niego, w oczach miała dziewczęcą niewinność, marzenia, czy pewien rodzaj szaleństwa.
- A wiesz dokąd bym uciekła? - zapytała podrywając się na kolana, skacząc w górę i dół, oddzielając siebie od reszty pokoju małym jaśkiem.
- Nie wiem - odpowiedział szybko i pewnie, wstał, poszedł do łazienki. Gdy odkręcił kran, krzyknął do niej - nie chcę wiedzieć.
Ale ona nie słyszała - wyłączyła łinampa, uruchomiła jutjuba i zaczęła tańczyć po pokoju. Kręciła się w wkoło, szybciej, mocniej, z coraz mniejszą kontrolą.

Gdy wszedł do pokoju, wycierając ręcznikiem resztkę nie spłukanej pasty do zębów, zobaczył ten szaleńczy, bachiczny szał. Widział, jak miota się po pustej podłodze, jak jedyny opór, jaki napotyka to ściany, jak jest bezgranicznie wolna, swobodna i nieobecna. Jedynie patrzył, nie umiał się dołączyć. Stał, a jej twarz widział jedynie w lustrze. Gdy ich oczy się spotkały, uśmiechnęła się, ale nie przyjaźnie. Nie w ten udawany, skrępowany sposób.
Piruety nie ustępowały, tak jak wbite spojrzenia.
Gdy utwór wybrzmiał, obróciła się i oddychając ciężko, powiedziała:
-Good night, Albert.

niedziela, 27 stycznia 2013

oświadczyny

znowu bez czasu obchodzenie rano,
nie powiedziane nic; droga mamo,
ja.. uczucia.. ból zaległy, trawienie codzienne
brak sił, wszystko mocno względne
i bezwględne, jak głos w głowie
nie wiem, może znów strzał po stopie.

sobota, 26 stycznia 2013

litania powstańca

matko najświętsza, pani najczystsza
obrońco dręczonych, ty, co nie pyszna,
lecz pełna pokory
my, naród wielki ,więziony
przez uciśnienia moralne i krzyże ciągnące nas do ziemi
paw, papuga i kaczka - nic się nie zmieni,
prosimy ciebie, o najłaskawsza z istot tego globu
spraw, by okowy zostały rozerwane
istniała nasza wolność, prawo do flash mobów
i każde danie w MC było przez nas znane.


ciebie prosimy, najedz nas,panie.